
Tropisz dla rozrywki czy dla sportu?
Być może włożę kij w mrowisko, ale – moim zdaniem – to nie robi żadnej różnicy!
Jak to? – zapytacie.
Przecież w rozrywce chodzi tylko (sic!) o to, żeby było fajnie, a w sporcie o wyniki – nie można tego porównywać, ani mieszać. Na pewno?
Po pierwsze i najważniejsze – mówimy tu o aktywności z psem.
Oznacza to, że bierzemy na siebie odpowiedzialność nie tylko za to, żeby nie stała mu się krzywda, ale też za to, żeby jego dobrostan był na najwyższym możliwym poziomie.
No, umówmy się, brak ewidentnego cierpienia to trochę za mało!
Idąc dalej tym, nomen omen, tropem – skoro decydujemy za psa, że będzie zajmował się taką, a nie inną aktywnością, powinniśmy postawić go na pierwszym miejscu. Są psy, które dla swojego opiekuna zrobią wszystko, ale psa, który robi coś z poświęceniem od psa, który robi coś, co lubi, można odróżnić na kilometr.
Bez względu na to, czy lubimy po prostu z innymi podobnymi sobie wariatami moknąć w krzakach, czy chcemy zdobywać kolejne dyplomy – priorytetowo musimy zwrócić uwagę na samopoczucie naszego psa.
- czy chętnie towarzyszy nam w pakowaniu się na zajęcia i bez wahania wsiada do samochodu?
- czy jest zaangażowany w proponowane ćwiczenia?
- czy otrzymane nagrody autentycznie go cieszą?
- czy wraca po wykonaniu zadania spokojny i “uśmiechnięty”, ale bez nadmiernego pobudzenia i potrzeby odreagowania?
- czy w domu po zajęciach jest spokojny?
- czy jest zrelaksowany wśród osób, z którymi trenujemy?
Przyjmijmy optymistycznie, że znamy swojego psa na tyle, żeby ocenić, czy dana aktywność sprzyja w dłuższej perspektywie jego rozwojowi kompetencji, relaksowi i zadowoleniu, czy wręcz przeciwnie.
Powiedzmy, że pies naprawdę chce to robić. Może nie wiecie, ale sama podporządkowałam całe życie prywatne i zawodowe tropieniu, bo Drakkar tak wybrał 😉 Miał niecałe 2 lata (teraz 13,5), całkiem niezły socjal, dużo niezależności w sobie i wiele swoich spraw, do których wcale nie byłam mu potrzebna. Aż wtem… spróbowaliśmy tropienia i pierwszy raz w życiu zobaczyłam na jego pysku takie “ej, zróbmy to jeszcze raz!”.
Wiele psów czuje się na (dobrze zorganizowanym) treningu tropienia naprawdę swobodnie. Mało tego, często jest to początek ich otwierania się na ludzi, na nowe sytuacje, na przejmowanie inicjatywy.
Są psy, które mają do chodzenia po śladach wyjątkową smykałkę; takie, które rozkręcają się powoli, żeby sięgnąć na wyżyny swoich możliwości dopiero po jakimś czasie i takie; które nigdy nie będą mistrzami, ale lubią tę “robotę”. Rzadko, ale zdarzają się też takie, które mówią tej aktywności dość stanowcze “nie sądzę”. Jestem natomiast całkowicie przekonana, że absolutnie żadnemu psu nie zależy na sportowych wynikach.
Z opiekunami jest nieco inaczej. Wprawdzie wśród nas też są osoby, które mają dryg do tropienia; takie, które wkręcają się stopniowo i takie, które może nie szaleją na tym punkcie, ale lubią to robić. Zdecydowanie jest też wiele takich, którzy odpadają w przedbiegach w starciu z owadami, pogodą i terenem. Różnica między psami i ludźmi polega na tym, że wśród tych drugich jest też całkiem spore grono osób, które ma ambicje. O tym, jak ich nadmiar może szkodzić, pisałam w pierwszym odcinku tego cyklu :).
Ambicje mają też swoją jasną stronę!
Kiedy zależy nam na tym, żeby zadania wychodziły nam coraz lepiej, skupiamy się na doskonaleniu poszczególnych elementów tropienia. Kiedy dodatkowo rozumiemy, że w zespole pies-człowiek, to człowiek musi nauczyć się najwięcej – dzięki ambicjom możemy stać się lepszym przewodnikiem psa.
Skoro pisałam już o pułapkach nadmiernego nastawienia na wynik, dziś czas na pułapki podejścia nadmiernie beztroskiego. Z pozoru: co może być złego w tym, że chcę po prostu spędzić czas z psem i fajnymi ludźmi na treningu? Że nie mam ochoty wgryzać się w cele treningowe, rozrysowywać ćwiczeń przed ich ułożeniem, słuchać wykładów, ani analizować filmów ze śladów? Jeśli czuwa nad Tobą dobry trener, to w sumie nic! Pewnie nie wykorzystasz maksimum swoich możliwości, ale przecież nie musisz!
Schody zaczynają się, kiedy to Ty odpowiadasz za swoje treningi. Ćwiczysz w grupie towarzyskiej, samopomocowej, w klubie, w którym ludzie układają sobie ślady nawzajem, albo po prostu chowasz po krzakach swoich znajomych, żeby pies “sobie potropił”.
Nie każdy ślad ułożony bez przemyślanych kryteriów będzie śladem, który sprawi psu radość. Częściej będzie to ślad bez ładu i składu, gdzie pies nie będzie rozumiał, czego właściwie od niego chcemy. Gdzie nie będziemy w stanie sensownie mu pomóc, jeśli się pogubi. Gdzie brak określonego celu sprawi, że nie przerwiemy zadania, gdy okaże się za trudne dla psa na danym poziomie.
Brak aspiracji sportowych oznacza też często brak notatek z treningów, a co za tym idzie – brak danych na temat tego, co stanowi nasze największe wyzwanie, co przeszkadza naszemu psu, co jest dla niego największą trudnością. Brak danych to brak możliwości dopasowania treningów do potrzeb na danym etapie szkolenia.
Z pozoru niewinne podejście “wyłącznie rekreacyjne” może (choć oczywiście nie zawsze musi) łatwo zamienić się w robienie psu wody z mózgu ku radości, ale wyłącznie naszej. W dłuższej perspektywie przewodnikowi ta radość również maleje, bo to, czy ćwiczenie uda się, czy nie uda, zdaje się zupełnie losowe. Kto chciałby uczyć się jeździć na rowerze wyłącznie po to, żeby na każdym treningu znienacka upadać i nawet nie wiedzieć dlaczego?
Paradoks polega na tym, że zespoły “rekreacyjne” poprowadzone w przemyślany sposób, robią bardziej przewidywalne postępy, ciekawsze ćwiczenia, doświadczają więcej sukcesów i w efekcie bawią się lepiej, niż te, które robią “jakieś ślady, żeby tylko sobie potropić”.
Z kolei u “sportowców” obserwuję taką zależność, że im więcej luzu, szczerej frajdy ze spędzania czasu z psem i grupą, wyrozumiałości dla ograniczeń swoich i psa – tym więcej sukcesów i tym szybszy (oraz bardziej stabilny) rozwój kompetencji.
Wygląda więc na to, że nie ma znaczenia, czy jesteś typem ambitnym, czy nałogowym rekreantem (jak np. ja 😉 ) – zawsze warto tropić z głową!
